129 lat temu, 30 września 1897 r., w wieku 24 lat, zmarła s. Teresa od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza. Jutro w liturgii będziemy wspominać tę wielką „małą” świętą i doktor Kościoła.

Właściwie nazywała się Maria Franciszka Teresa Martin i była najmłodszą z 9 dzieci świętego małżeństwa (pierwsza w historii para małżeńska wyniesiona razem na ołtarze – przez papieża Franciszka w 2015 roku) Ludwika i Marii Zelii. Wszystkie ich dzieci jako pierwsze imię na chrzcie otrzymują Józef lub Maria. Dorosłości dożyło tylko 5 z nich (same córki: cztery zostały Karmelitankami, a jedna Dominikanką). „Małą Tereską” sama siebie nazywała nie tylko z powodu bycia najmłodszą z rodzeństwa. Zawsze przejawiała wyjątkową prostotę (braną błędnie za infantylność) i skromność, w swojej duchowości przypominając małe dziecko i taką chciała być w oczach Boga Ojca. Zafascynowana popularyzującymi się w drugiej połowie XIX wieku windami osobowymi postanowiła, że sama potrzebuje takiej „windy do nieba” – nie mając siły wspinać się po trudnych stopniach doskonałości chrześcijańskiej (jak sama pisała, głowa bolała ją od czytania dzieł teologicznych i niewiele z nich rozumiała, a ukojenie znajdowała w Biblii oraz modlitwie), szukała prostego sposobu by dotrzeć na szczyt. Dziś nazywamy go „małą drogą dziecięctwa Bożego” (choć sama Teresa tego sformułowania w swoich pismach użyła zaledwie trzy razy i to wyłącznie w formie „mała droga”). Polega ona na radosnym przyjmowaniu tego co mnie spotyka i rzetelnym wypełnianiu swoich codziennych obowiązków. Takie podejście „otworzyło niebo” dla wielu prostych i słabych ludzi. Teresę tytułujemy też „Małą” dla odróżnienia jej od „Wielkiej” Teresy z Avila.
Innym tytułem, który święta sama sobie nadała jest „Mały kwiatek Jezusa„. Gdy powiedziała ojcu o zamiarze wstąpienia do klasztoru, ten wziął ją na spacer i po drodze pokazał jej mały samotny kwiatek. Mówił tak pięknie, że Teresa uwierzyła, że jest tym kwiatkiem – niepowołanym do bycia wielką i piękną różą, a jednak chcianym, kochanym i celowo stworzonym przez Boga by był piękny i pachniał. Obraz kwiatów był dla Teresy bardzo ważny. Przed śmiercią obiecała, że będzie z nieba zsyłać wiele łask, jak deszcz róż. Stąd do dziś istnieje zwyczaj, by w jej wspomnienie liturgiczne spuszczać z dachu świątyń płatki kwiatów.
Można się też spotkać z tytułowaniem jej „Teresą z Lisieux„, choć urodziła się w Alençon. Jednak po śmierci mamy (w 1877) rodzina przenosi się do Lisieux, gdzie dalsza rodzina może pomagać ojcu w opiece nad gromadką dorastających córek. Co ciekawe, Teresa z tego miasta wyjedzie tylko raz (na pielgrzymkę do Włoch, gdzie dojdzie do znamiennego incydentu z papieżem, po którym z Watykanu wyprowadzi ją Gwardia Szwajcarska), a jednak ustanowiono ją patronką misji (obok np. św. Franciszka Ksawerego, który przewędrował pół świata głosząc ewangelię). Wynika to z jej wkładu w ewangelizację. Do klasztoru wstąpiła z jasną intencją: „Przybyłam tutaj, aby zbawiać dusze, a nade wszystko, by się modlić za kapłanów”. Oprócz modlitw i cierpień ofiarowywanych w intencji misjonarzy, wielu wspierała korespondując z nimi.

W naszym kościele, na ołtarzu św. Antoniego w lewej nawie („nawie Matki Bożej”) można znaleźć figurę św. Teresy. Mniej znany jest fakt, że posiadamy (niestety od wielu lat zaniedbaną i nieużywaną) chorągiew z wizerunkiem świętej Małej Tereski. Można się domyślać, że cieszyła się w naszej parafii szczególnym kultem.
